Obiad niedzielny zawsze musiał się wyróżniać na tle tygodniowych. I nawet nie chodziło o to, że miało być pierwsze, drugie i deser, ale… tak, miało być „lepiej” niż we wtorek czy środę.
Dopiero kiedy wyprowadziłam się z rodzinnego domu, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mama mi to wdrukowała. Że w niedzielę nie może być sama zupa. Albo pierogi ze sklepu czy coś, co zostało z soboty.

Obiad niedzielny w wersji premium? W każdym domu oznacza to coś innego
W tym miejscu warto podkreślić, że przecież to, co dla jednych oznaczać będzie „lepszy” obiad niż w tygodniu, dla innych może oznaczać coś zupełnie innego. U nas z reguły oznaczało to, że w niedzielę jemy obiadek, który wymaga:
- więcej zachodu w zdobyciu składników i/lub
- więcej kasy na kupienie tych składników i/lub
- więcej czasu w przygotowaniu
Po przeprowadzce kultywuję tę tradycję, czego stary kompletnie może pojąć. Chociaż to w jego rodzinie dzień święty się święciło bardziej niż w mojej. Z teściową ani z nikim innym o tym nigdy o tym nie rozmawiałam, więc do dziś nie wiem, czy kiedy ktoś nie musi w niedzielę jeść „lepiej” to:
- w niedzielę woli po prostu odpocząć (od garów też),
- w ogóle nie lubi sztywnych zasad przy układaniu tygodniowego menu,
- nie zastanawia się specjalnie nad podziałem „obiad niedzielny” a „obiad nieniedzielny” (i jeśli ma ochotę na obiad „lepszy” w środę, to sobie taki organizuje — przygotowując samemu lub kupując tenże).
Ha, a jedna moja koleżanka ze studiów miała wielką rodzinę i co niedzielę wypadała jakaś rodzinna impreza przy suto zastawionym stole. Bo jak nie urodziny dziadka/siostry/brata ciotecznego i imieniny cioci/wujka/kuzyna to chrzest, komunia albo rocznica ślubu chrzestnych, etc.
Obiady niedzielne, czyli co na tu na talerzach (lub patykach) w ostatnie niedziele
Dziś (9.11) np. była kiełbasa z ogniska. Pozornie totalnie nie na niedzielny obiad, a jednak – zabawa przednia, bo siąpił deszcz i w ogóle 🙂
Dla porównana: Wczoraj (sobota) – naleśniki. Przedwczoraj (piątek) – domowe spaghetti z sosem bolońskim. W czwartek – też spaghetti z sosem bolońskim. W środę – kebs lokalny (najlepszy). We wtorek i poniedziałek – pizza.
A w niedzielę poprzednią – imprezka u przyjaciół – leczo na bogato i ciasto ze śliwkami.
A w jeszcze poprzednią niedzielę – słynny bigos (taki trzy dni gotowany) i ciasto marchewkowe.
A w jeszcze poprzednią – pierogi w Parniku w Józefowie (po spacerze brzegami Wisły i Świdra). Moje ulubione ze szpinakiem, ale grupowo raczyliśmy się hurtem smaków.
Tematy do rozmowy (z kimś lub samą sobą)
🍽️ Czy w Twoim domu wciąż istnieje pojęcie „obiadu niedzielnego”?
A jeśli tak – co sprawia, że właśnie ten obiad jest lepszy niż codzienny?
🥔 Czy niedzielne jedzenie to bardziej rytuał, wspomnienie czy… przyzwyczajenie z dzieciństwa, które trudno odczarować?
🔥 Czy kiełbasa z ogniska w deszczu może być tak samo „niedzielna”, jak rosół i schabowy?
🧁 Co jadło się u Ciebie w domu w niedzielę najczęściej — i czy dziś potrafisz odtworzyć te dania z tym samym smakiem?
🥄 A może niedziela to u ciebie dzień bez garów — i to właśnie jest najlepsze?
Aproposki:
Najnowsze komentarze