Ziołowe i polskie kosmetyki do twarzy, ciała i włosów (wpis kosmetyczno-etnograficzny)

Przyznaję bez bicia piany: stawiam na możliwie polskie i naturalne kosmetyki. Bez względu na porę roku lubię kiedy pachną łąką lub ogrodem. I oczywiście – gdy robią mojej skórze dobrze. A jeśli jeszcze ich składniki miały spore znaczenie w dawnej w medycynie ludowej… to już w ogóle! Ziołowe kosmetyki działają na moją wyobraźnię – pewnie jeszcze ze 100 lat temu trzeba byłoby po nie biegać do jakiejś wioskowej czarownicy 🙂

Wśród kosmetyków pielęgnacyjnych, które ostatnio miałam przyjemność stosować, jest kilka, na które być może zechcesz zwrócić uwagę i sprawdzić je na własnej skórze. Bez ryzyka pójścia z torbami (paczkami), bo są tanie. Przykład – odżywka do włosów ze skrzypem polnym za dychę. Już bardzo dawno temu, lud wiedział, że to ziele świetne na włosy, a podpowiedzią okazał się sam kształt skrzypu (przypominający naszym przodkom owłosiony ogon).

Większość kosmetyków ma działanie, które teoretycznie powinno sprawdzić się w przypadku każdego typu cery czy włosów.

Miętowo-herbaciany żel do ciała w sam raz na lato

Ten jasnobłękitny żeli aż się prosił, żeby go zgarnąć z lidlowej półki. Zwłaszcza że po testowym niuchnięciu okazało się, że ma zapach tyle delikatny, co przyjemny. Czy miętowy? Nie. Zdecydowanie więcej tu herbaty (z cytrynką) niż mięty. Co według mnie wcale nie jest takie złe. Tym bardziej, że właśnie takiego zapachu perfum kiedyś szukałam. Jeśli znasz Cinema, to uważam, że ten żel pachnie podobnie, tylko naturalniej i delikatniej. Warto dodać, że musi być tu szczypta mentolu, bo po użyciu czuć delikatny chłodek.

Bazylia w odżywce do włosów

Mąż używa z upodobaniem, a jest wybredny. Ta odżywka nie pachnie pesto ani bazylią. Pachnie ziołowo. Odkryta w czasie poszukiwać dobrych, polskich kosmetyków. Zostanie z nami na długo.

Na Polanie (jeszcze się nie zawiodłam)

Zacznę od Polany. To imię linii kosmetycznej – polskie, leśne, miłe. Bliskiej krewnej Herbapolu, tego od bardzo dobrych herbat z ziół i owoców. Moje pierwsze (i nie ostatnie) zakupy “na” Polanie to: krem na dzień, serum i hydrolat. Ocena: 10/10 gwiazdek, ździebeł, koniczynek, etc.

Wszystko zgodnie z opisem producenta. Bez zbędnej poezji, same konkrety, choć – trzeba przyznać – bardzo ładnie podane.

Krem-żel na dzień

Wjeżdża rano. Biały i lekki. Z chabrem-bławatkiem (zmiękcza skórę), lilią wodną (nawilża, rozjaśnia przebarwienia, wygładza), ogórkiem i lnem (nawilżają). Pachnie świeżo, przyjemnie. Skóra wchłania go szybko, wręcz łapczywie. Lubi to. Cena ok. 23,00 zł.

Hydrolat/mgiełka do twarzy. Stosuję w ciągu dnia i obowiązkowo wieczorem – po umyciu twarzy. Działają tu: znów chaber-bławatek, nagietek i liście mniszka lekarskiego. Bardzo fajnie tonizuje i nawilża. Cena: ok. 16,00

Serum z makiem

Pielęgnacja na bogato, nie częściej niż raz-dwa razy w tygodniu. Zalecają go codziennie – rano i wieczorem, ale nie ma głupich… Póki czuję, że skóra wykazuje talenty samo-regeneracyjne – nie będę jej rozleniwiać. Między innymi dlatego (jeszcze) nie używam żadnych kremów na noc. Uwielbiam to serum i prawdopodobnie zostanie ze mną tak długo, póki będzie w sprzedaży (a ja przy życiu). Jest tu m.in. mak, który długo cieszył się opinią uspokajającego i sprowadzającego odpoczynek – działanie tego serum też czyni mnie spokojną o stan cery.

Przewija się w składzie ten chaber-bławatek, przewija… Dawniej zbierano kwiatostany chabrów (najlepiej w upalne dni) i święcono je w wiankach na Matki Boskiej Zielnej, by mieć do dyspozycji silny środek przeciw: chorobom oczu, żołądka, wątroby i bólom. A także przeciw szaleństwu i przestrachowi. Co się tyczy skóry – naparem z bławatka przemywano te najtrudniej gojące się rany.

Rozmaryn i rumianek, czyli ulubione żele do mycia twarzy od Sylveco

Są ze mną już ładnych parę lat. Dzień w dzień. Na zmianę – rumiankowy z rozmarynowym. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że zanim je odkryłam – wszystkie kosmetyki oczyszczające twarz przynosiły mojej skórze więcej szkody niż pożytku. A testowałam co się da: chyba wszystkie rosmanowe nowości i klasyki oraz apteczne specyfiki, od pianek, przez toniki i emulsje, aż po płyny i żele. Tylko te dwa od Sylveco dają radę. Myją i przyjemnie koją. Dodam tylko, że twarz mydlę nimi tylko wieczorem – rano wyłącznie zimna woda, czysty ręcznik i krem na dzień (aktualnie ten od Polany). Na moich oczach ich cena wzrosła z 15 do 25 zł. Nie szkodzi.

Nawet jeśli rozmaryn i rumianek miały najgorsze konotacje w dawnych wierzeniach – i tak używałabym tych żelików. Jednakże od bardzo dawna panny wiedziały, że aby mieć piękną cerę należy traktować ją rozmarynem. Ponoć Marysieńka Sobieska zawdzięczała piękno swej skóry kąpielom “w rozmarynie i w mleku”.

Rumianek również cieszył się ogromną popularnością i wiarą w moc leczenia wszelkich stanów zapalnych skóry (wywarem z rumianku leczono również rozmaite krosty u krów). Rumianek stosowano również na obrzęki, oparzenia i rany – by koił i przywracał skórze zdrowie.

Hydrolaty, hydrolaty (kocanka czy rozmaryn?)

Hydrolaty to kosmetyki, bez od lat których nie wyobrażam sobie życia. Zawsze muszę mieć jakąś fajną wodę lawendową (na wieczór), a poza tym jeszcze inne. Jednymi z moich ulubionych wód kwiatowych są te w szklanych, niewielkich buteleczkach od… Prócz lawendowego, mam rozmarynowy i z kocanki. Kosztują ok. 15 zł.

O rozmarynie już było, więc weźmy na tapet kocankę. Ona miała dawniej takie cudowne nazwy: kocie nóżki, kocie łapki, kocie buty, szelepuszki, szeleszczuchy, radostka… Nie dokopałam się do wiedzy odnoszącej się do działania na skórę. Z całą pewnością jednak lud wierzył, że kocanka znakomicie nadaje się od odpędzania wszelkiego zła. Dlatego suszone bukiety wieszano na ścianach (by chronić dom przed piorunami) lub przy kropielnicy (by uchronić ją przed diabłem). Albo podpalano je okadzano kocimi nóżkami wnętrza lub ludzi. Ze względu na żółtą barwę kocanki – uważano, że leczy żółtaczkę, ale stosowano ją też podczas przeziębienia.

Ziołowy krem do rąk od La-le (5 ziół)

Ze skórą dłoni problem mam od zawsze – wystarczą pierwsze chłodne dni, by pierzchła, łuszczyła się, pękała. Żele antybakteryjne i octanisept nie pomagają… Słabiutko szło szukanie kremu, który faktycznie dał by radę. Zawiodła Neutrogena, babuszka Agafia, L’Occitane, L’oreal’e i tak dalej. Krem ziołowy do rąk jest inny. Szybko wsiąka i koi. Pachnie delikatnie i bardzo ziołowo. A co najważniejsze – pomaga. Naprawdę pomaga. Cena: ok. 25 zł.

Pięć ziół, które składają się na ten krem to: werbena, pokrzywa, nagietek, ślaz (malwa) i rumianek. Mieszanka fajnie się sprawdza nawet przy poranionej skórze na dłoniach. Koi, nawilża, wygładza, odżywia, zmiękcza i sama nie wiem co jeszcze.

Miód na włosy i ciało

Do mycia ciała i włosów najchętniej używam mydeł – czyli galaretek, mazideł – od Babuszki Agafii. Najpierw długo grane było to ziołowe, a teraz – miód. Bardzo lubię. I za to jak myje, i za to jak miła w dotyku jest po nim skóra, i za zapach. Cena: ok. 20 zl.

Jest tu prócz miodu, ekstrakt z hyzopu, wrzosu i korzenia rożeńca oraz olejek z dzikiej róży. Bardzo przyjemny zestaw dla skóry i nosa. Zwłaszcza gdy ktoś lubi zielsko podlane słodyczą miodowo-różaną.

Zaryzykuję i napiszę, że skóra nie wymaga po nim balsamu. Ale na wszelki wypadek wolę coś od czasu do czasu wklepać i wmasować. Skórze czterdziestoletniej się należy – zarówno nawilżanie, jak i solidny masażyk (cel: żeby było jędrniej).

Odżywka do włosów ze skrzypu

To zupełny przypadek, zgarnięty za ok. 10 zł na zakupach w Kauflandzie. Odżywia, nie obciąża, nie tłuści. Raz w tygodniu wystarczy. Na włosy działa fajnie. O tym, że już dawno zdawano sobie sprawę z tego, że skrzyp pomaga w pielęgnacji włosów świadczą jego gwarowe, stare nazwy takie jak: kosmacicha i chrzęść kudłata.

To już cała moja szuflada.

Kiedyś, owszem, się malowałam. Ale odkąd nie latam na sesje rady miasta, rozmaite konferencje prasowe i rozdania nagród, tudzież wernisaże – zarzuciłam makijaże. Po pierwsze dlatego, że każdy – nawet ten wykonany przez najlepszą makijażystki w mieście – postarza mnie o 7 lat. I to nie jest kwestia jakości kosmetyków ani techniki make-up’u . No tak mam i już. Po drugie – irytują mnie warstwy na cerze, rzęsach i ustach – lepi mi się, ślizga, maże, nie dociera powietrze. O, lakier do paznokci mam – w kolorze serendipity – taki błękit z nutką lila. Na letni pedi, do sandałów. I koniec.

źródła:

Słownik stereotypów i symboli ludowych: Rośliny. Cz. 1 Kwiaty i część 2 Zioła. Red. J. Bartmiński, Lublin 2019