Jak w Taplarach… (uwaga, tylko dla dorosłych)

Dziś cotygodniowy wieczorek filmowy. I ja wybieram tytuł (jak mniej więcej co cztery tygodnie). Jeszcze do wczoraj się wahałam, ale już wiem. Uznałam, że najbardziej pasowała będzie Konopielka. Bo u nas w domu ostatnio czuję się jak w Taplarach. A wszystko przez wibratory.

Diabeł nachalnieje […] Wy wiecie ludkowie, co się na świecie wyprawia? […]
A w mistach, co się w mistach wyprawia! […] Sodomagomora
!”
E. Redliński: Konopielka

Ten tak straszył sodomogomorą (kadr z filmu)

Zaczęło się kilka dni temu. Wieczór. Karol woła Myszę na mycie zębów, ona oczywiście gra na czas. Postanowił więc wleźć do wanny, przyczaić się, aż mała zainteresuje się co się stało, że taty ani słychu, ani widu.

Ta cisza zaniepokoiła, ale mnie. Przypomniał mi się polski serial, który zaczęłam oglądać (nie skończyłam nawet pierwszego odcinka, ale to teraz nieważne). Odcinek zaczynał się sceną w łazience. Dokładnie rzecz biorąc seksem w wannie. Jak się potem okazało pozamałżeński, ale tu kluczowe było, że on i ona zachlapali wodą i pianą całą podłogę. Bo kiedy zadzwonił telefon i ona wybiegła odebrać (bo “Może to dzieci”) – on wyszedł z wanny by w tym czasie rozpakować pudełko z upominkiem.  To był wibrator na prąd. On go włączył, a że stał po kostki w wodzie – stało się spięcie, pan upadł. I też zrobiło się tak cicho… Jak u nas.

Tylko nie to!

Poleciałam do naszej łazienki, bo durna wyobraźnia wystawiła mi przed oczy widok własnego męża leżącego bez życia na podłodze… Na szczęście leżał sobie w suchej wannie, niczego nie rozpakowywał ani nie włączał, więc – nie bez ulgi – opowiedziałam mu niepokój, który mnie przygnał.
– A my w ogóle mamy wibrator? – popatrzył się na mnie z tej wanny z politowaniem. – I w dodatku na prąd? Weź…
Nie mamy. Żadnego.
– Ale, że co ty myślisz, że nie ma wibratorów na prąd? – aż przysiadłam na brzeżku wanny. – Matko, Karol, u nas naprawdę jest jak na wsi w peerelu albo i dawniej.
Tu dodam, że w nasz familiolekt wrosło porzekadło “Jak na wsi! jak na wsi!” – wypowiadane zawsze kiedy któreś wykaże się brakiem “miastowej” ogłady.

Ale na co te maszyny? pytajo sie Domin. Czy to żonka kiepsko gotuje? Czy rękami mnie gaciow nie umyje? Krowy nie wydoi? Na cholere mnie w domu te maszynki, jak ja żonke mam? Co, może żonke mam odprawić do teściow?
Odprawie, a kto mnie pod pierzyne wlezie? Maszynka?
E. Redliński: Konopielka

O wibratorach na prąd i w ogóle

Nazajutrz przyszli znajomi.
– No dobra, czy są wibratory na prąd? – pytamy.
– Tak. Takie masażery – słyszymy.
Czujemy się trochę jak ludkowie z Taplar, którym dziad wędrowny prawił o tym, że ludzie “w mistach w dzień pracujo, w nocy nie śpio, w piątki nie poszczo”. Nie mniej temat wibratorów okazuje się całkiem nośny. Przypominamy sobie wszyscy różne anegdotki, co kto mówił o swoich lub zasłyszanych doświadczeniach z wibratorami, mieczykami do pup, kulkami gejszy, etc.
Późnym wieczorem, przy partnerskim ładowaniu zmywarki, mąż podsumował kwestię tak:
– Wychodzi na to, że im ludzie bardziej wykształceni, tym bardziej otwarci na erotyczną elektronikę…
– No a my? A Nowakowie?
– Nowakowie w ogóle ze sobą nie sypiają…
Słowem, próba ustalenia algorytmu w kwestii związku zabawek erotycznych z poziomem wykształcenia nie do końca się powiodła. Ale jeśli sądzicie, że na tym się skończyło – to od razu Wam powiem, że nie, bo dzień później… Karol był u dentysty.

Zasilanie 220 V. Wibrator na prąd kosztuje… 29,99 (skrin ze sklepu internetowego)

Popsuty wibrator asystentki i… jak mama sprzątała w sypialni

Żeby opowiedzieć całą historię z wadliwym wibratorem z Rossmana, nasz nadworny stomatolog (obojgu nam leczy zęby już prawie dziesięć lat), poprosił asystentkę, by skoczyła po mleko do kawy. Okazało się, że dziewczyna przyniosła maszynę do pracy, by ktoś zaufany i ze zmysłem technicznym zerknął i spróbował naprawić…
– Ona mówi, że wstydzi się zanieść to do reklamacji, bo baterie wylatują podczas używania – wyjaśniał dentysta – panie Karolu, dziewczyna nie chce wyjść na jakąś szaloną nimfomankę.
Zamiast pomóc, obaj ryczeli ze śmiechu nad instrukcją, bo okazało się, że ten wibrator ma “blokadę podróżną”, która zabezpiecza go przed włączeniem w bagażu…
Wszystko to sprawiło, że mężowi przypomniała się jeszcze jedna anegdota o koledze z pierwszej pracy. Tancerzu, który miał bardzo kochającą lecz wścibską mamę. Pewnego dnia postanowiła posprzątać mu mieszkanie. Facet wraca wieczorem, patrzy, a na stole w salonie obrus, zapalone świece i… wibrator, który czasem towarzyszył mu i jego dziewczynie w sypialni. Chłopak stanął jak wryty. Nie wiedział, czy zrobić mamie awanturę czy raczej przygotować się na reprymendę…
– Synku, zobacz jak pięknie! Znalazłam tę rzeźbę w szufladzie i pomyślałam, że pewnie o niej zapomnieliście…
Brzmi to trochę jak urban legend, ale podobno opowieść faktyczna.

Tak, to już koniec. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony ani zniesmaczony, bo zupełnie nie o to mi chodziło. Nie mam nic przeciwko osobom korzystającym z postępu elektroniki w żadnej z dziedzin życia. I mimo że tkwię trochę w Taplarach (bo lubię), to uważam, że wibratory to może być temat rzeka…