(czyli jak wrócić do gry sprzed 30 lat i znów się tym przejąć)
W ostatni weekend zagraliśmy w Monopoly. Cóż, ja – po raz pierwszy od… chyba trzydziestu lat?
Kiedyś – grało się na kocu, przed blokiem, całą zgrają. Teraz – na kocu, w ogródku. Z rodziną. Ze śmiechem, wiatrem kradnącym banknoty i ośmiolatką uczącą się liczyć, dzielić, dodawać i kombinować.
To była wersja Konie i Kucyki – pełna marzeń w stylu: żeby tylko udało się kupić fryza, najwspanialszego konia w grze!

A grałam pionkiem – szczotką.
I choć wiem, że Ośmioletnia pewnie nie będzie korzystać z banknotów (w sensie: rzeczywistość raczej elektroniczna), to i tak coś pięknego w tym fizycznym przeliczaniu, rozdawaniu, oglądaniu nominałów, przekładaniu pieniędzy z ręki do ręki.
Szczególnie gdy małe ręce próbują zachować spójność z pokerową twarz podczas licytacji o kuca szetlandzkiego. Albo o cwał.
I ta ciekawość, co kryją karty jabłek i marchewek… Zysk, czy stratę?
Co daje gra w Monopoly?
(prócz zmęczonego rodzica, który przez godzinę tłumaczył, że „rząd” niejedno ma znaczenie, że jest powiedzenie konia z rzędem… etc.)
– Liczenie i planowanie – bo wydawać łatwo, ale kupić fryza i nie zbankrutować? To już strategia.
– Podejmowanie ryzyka – „Kupić czy czekać?” – pytanie uniwersalne, nie tylko w świecie właścicieli koni.
– Zarządzanie emocjami – bo ktoś właśnie kupił TO, co myśmy chcieli. A to boli bardziej niż porażka.
– Pamięć międzypokoleniową – bo gra, która łączy dzieciństwo rodzica z dzieciństwem dziecka, to naprawdę coś.
I przypomniało mi się też coś jeszcze:
Że te rozgrywki mogą trwać. Nawet trzy dni. I że to jest dobre. To nie musi się szybko kończyć. To jest wakacyjne. Długie. Z wiatrem w kartach i kolanem zapartym o planszę.
A może temat do rozmowy?
– Pamiętasz swoją pierwszą grę planszową?
– Czego cię uczyła – i co do dziś robisz podobnie?
– Czy potrafisz dziś grać… dla zabawy, bez wygrywania?
– Co dziś zrobił(a)byś inaczej niż 30 lat temu na kocu przed blokiem?
– Ulubiona wersja Monopoly to…?
Najnowsze komentarze