O tym, że dorosły się boryka, potem znów bryka a… (uwagi na marginesie książki „W co grają ludzie”)

Dorosła osoba z reguły wie więcej i lepiej, niż kiedy była dzieckiem. Ba, często uważa też, że wie więcej i lepiej niż swój rodzic. A co Państwo na to, że w każdym z nas, na różne sytuacje, reaguje jedna z trzech postaci, składająca się w nasze jedno ja? Czyli: albo dziecko (ktoś, kim byliśmy), albo dorosły (którym jesteśmy) albo rodzic (lub opiekun, który miał duży wpływ na nasze życie).

Rano pijesz kawę (herbatę, wodę, coś innego) czy to, co rodzic, czy to, co dziecko? W sięganiu po smaki widać, kto częściej lub rzadziej bierze górę 🙂

Tak właśnie jest według autora książki W co grają ludzie. Dla jednych przerewelacyjnej i arcyprawdziwej. Dla innych – zbyt naukowej i pokręconej. Mnie osobiście widzi się, że te teoria, jakoby każdy z nas występował w 3 osobach może być całkiem prawdopodobna…

Maciek: „Wszystko się zgadza”

Kolega, który pożyczył mi właśnie tę książkę, którą czytałam, ale wieki temu (no, dwie dekady temu), powiedział o niej tylko trzy słowa: „Wszystko się zgadza”. W sumie nie wiem, czy miał na myśli gry (w które gramy, my, ludzie), głaski (którymi się obdzielamy, my, ludzie) czy te trzy osoby w każdym z nas. Osobiście od kilku dni nie mogę się nadziwić, ile zgadza się z tym dorosłym, rodzicem i dzieckiem… Kilka razy dziennie łapię się na tym, że myślę (mówię, zachowuję się) jak:

a. ja dorosła

b. mama (rzadziej: starsza siostra lub Włodzimierz, który imponował mi od dziecka ilością książek, oczytaniem, wiedzą na temat słów, literatury i pisarstwa)

c. mała ja.

Wcześniej myślałam, że udział rodzica i dziecka jest minimalny, sporadyczny, okazjonalny. A okazuje się, że odzywają się częściej niż sądziłam.

„Patrz, wyglądam jak drzewo”

Czy dorosła osoba, mówi do córki: „Ej, patrz, czy nie wyglądam jak jakieś drzewo?”, tylko dlatego, że ma brązowe sztruksy i zielony, gruby sweter? I się śmieje sama z tego porównania? Albo czy dorosła osoba zajada się budyniem z sokiem malinowym w przerwie w pracy? Niby nic nie stoi na przeszkodzie, ale doroślej byłoby wpieprzać lancz (i na pewno nic słodkiego).

„Pierdolisz jak potłuczony/potłuczona” z charakterystycznym żachnięciem się – to już mam po matce. Tak jak „To teraz mam bić dupą o ziemię z rozpaczy?”. Albo „No ale jak to sobie wyobrażasz?” (gdy ktoś planuje zrobić coś byle jak). Z kolei energiczne latanie po chałupie z biciem piętami o podłoże, przy składaniu prania, gotowaniu, sprzątaniu itp.,  mam po siostrze. Razem z irytacją, że inni snują się jak duchy i życia w nich nie ma.

A ileż to razy w ciągu ostatnich tygodni:

  • powiedziałam/pomyślałam o kimś: zachowuje się jak mieszczka albo zapytałam: jak znajdujesz tę zupę, kochanie? (na co córka odpowiada: Normalnie mamo, podchodzę do stołu i już jest nalana)
  • zastanawiałam się i sprawdzałam skąd wzięło się oto słowo,
  • starałam się ze stoickim spokojem i sarkazmem mówić o czymś, co szarpało mnie jak złe…

… i było to już absolutnie włodzimierzowskie.

Człowiek w trzech osobach, człowiek w trzech odsłonach

Teoretycznie to dorosły potrafi radzić sobie najlepiej. Ma najwięcej doświadczenia i danych. Wie np., że jak dziś się z czymś boryka, to znaczy, że jutro będzie brykał (w myśl zasady: nieważne czy jest dobrze, czy jest źle, to i tak się zmieni). Co jest dla niego ważne, a co nie. Co powinien, a co nie zgodnie z obowiązującym go systemem wartości. Z pewnością to właśnie dorosły dominuje w tym trio i może na szczęście.

Ale dziecko i rodzic towarzyszą mu – czy tego chce, czy nie. I każdy może się o tym przekonać przypatrując się sobie i/lub bliskim.