O tym, co w pierwszy i drugi dzień wojny

Zamiast lecieć słuchać klangoru żurawi za miasto – siedzę na stronie PAP, patrzę co pokazują w TV, na stronach informacyjnych polskich i zagranicznych. Zamiast wiedzieć coraz więcej – mam coraz więcej pytań i tematów do rozmowy z bliskimi.

  • Czy to dobrze, że coca cola zamyka rozlewnię na Ukrainie? Chce by pracownicy pozostali w domach czy utrzymywanie tam tej rozlewni jest nieekonomiczne?
  • Czy to dobrze, że Niemcy nie chcą wysłać broni na Ukrainę?
  • Czy Niemcy słusznie obawiają się, że przez sankcje nałożone na Rosję mają dużo do stracenia?
  • Czy sankcje nałożone przez USA są wystarczająco niszczące?
  • Czy sankcje powstrzymają Rosję przed użyciem broni nuklearnej?
  • Czy Polsce grozi broń nuklearna?
  • Jeśli tak – to gdzie może uderzyć? A rakiety? W Warszawę,  podstołeczne bazy wojskowe czy gdzieś indziej?
  • Który kraj jest najbardziej zagrożony inwazją: Litwa, Estonia czy Polska?
  • Czy jest sens robić w Polsce zapasy benzyny i żywności?
  • Czy Ukraina ma prawo czuć, że świat jest po jej stronie?
  • Czy Francja i Belgia zachowują się dyplomatycznie nie chcąc się wtrącać w tę wojnę?
  • Czy rozsądnie jest roztrząsać to, pomoc którego państwa najbardziej wspiera Ukrainę czy lepiej uznać, że to – ogólnie – wsparcie natowskie?

Na drugi dzień. Przybywa ofiar. Mnożą się fake newsy. Dzieci pozujące z różańcami do zdjęć. Tych zgliszcz, dymów i błysków też mi wystarczy. I informacji o ostrzałach przedszkoli i sierocińca… Nie potrafię patrzeć co policja robi z ludźmi, którzy protestują przeciwko wojnie.

Na szczęście albo niestety – nigdy nie wyrosłam ze swojej życiowej filozofii, która od ćwierć wieku w skrócie brzmi: “Make love, no war”. Wojny są po nic, żaden bilans zysków nie przekona mnie, że coś jest warte tyle co ludzkie życie. Nieważne o czyje pieniądze i władzę chodzi – to nie ma prawa być ważniejsze.