Uważam, że dobre książki i dobre jedzenie mają ze sobą dużo wspólnego. Dają siłę. Poprawiają nastrój. Po zaspokojeniu apetytu na jedno, za jakiś czas pojawia się ochota na coś zupełnie w innym stylu. Albo zupełnie podobnym.
Z książkami — podobnie jak z pysznościami — jest tak, że nie zawsze są w zasięgu ręki. Czasem brakuje czasu, czasem czegoś innego (np. czeka się na specjalną okazję). Czasem po prostu trzeba przeczytać książki, które się zaczęło. A z tego, co jest w lodówce i spiżarni, ugotować, usmażyć lub upiec to, co się akurat da.

O mistrzach manipulacji i kobietach zachwyconych zimnymi ogniami
Na przykład od dłuższego czasu mam ochotę na książkę, którą czytałam ok. dziesięciu lat temu. Niestety za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć tytułu. Nie pomagają żadne frazy wpisywane w wyszukiwarkę. Internet odpowiada niby na temat, ale to tak, jakbym szukała przepisu na potrawę, która pewnie w sieci jest, ale pod nazwą, której nie pamiętam.
Kilku mężczyzn bierze udział w grze. Przejście do kolejnego poziomu zależy od tego, czy uda im się doprowadzić kobiety do określonych czynności. Chodzi np. o to, by dziewczyna, z własnej, nieprzymuszonej woli posprzątała wymiociny chłopaka. Nie domyśliwszy się, że gdy to zrobi, facet przejdzie do kolejnego etapu gry. I że ona jest li i jedynie, tej gry elementem.
Znaczy książka życiowa. Tym bardziej, że teraz tyle się mówi o wyrafinowaniu mężczyzn w manipulacjach. Kurde, dziewczyny… A jeśli oni są zwykłymi dupkami, a nie narcyzami? W tej książce to fajnie widać — że ldziewczyny brną jak ćmy w ogień, choć obiektywnie wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią: „głupia, nie bądź ćmą”. Ale nie, one chcą i brną. Same tylko wiedząc, po co.
Żeby nie było: jak byłam młoda, też mi się to zdarzało. Chłopak zapalał mi przed oczami sztuczny ogień (zimny ogień, taki na pręciku), a mnie się marzyło, że to wesoło pełgający ogień w kominku w naszym salonie. Albo sylwester w Paryżu… Zresztą nie wiem, może kiedyś nie było narcyzów, a teraz się ich tak namnożyło. Rozplenili się jak gatunek inwazyjny i pokrywają naszą polską ziemię jak kanadyjska nawłoć.
Jeremi, Jeremi
Od około dwóch miesięcy nie mogę też wreszcie usiąść nad Jeremim. Istną ucztą ze słów. Całe tomy Divertiment czekają i czekają. Listy na wyczerpanym papierze (korespondencja z Agnieszką Osiecką) też. Może w Wielkanoc… Może do wtedy doczytam pozaczynane książki, żeby spokojnie zabrać się za Przyborę. Przepaść w Przyborze. Do imentu. I momentu, w którym ostatnia literka zostanie pochłonięta jak ostatni okruszek ze stołu.
Przeczytałam jedną jego książkę i tyle w niej zakreśleń. Na przykład typ, co przychodzi do przychodni stomatologicznych, siada i raduje się, że… wcale nie boli go ząb:
W ogóle tu, w poczekalni stomatologicznej, znajduję raz jeszcze potwierdzenie dla tezy, że jedyne dostępne nam szczęście to nieobecność cierpienia. Czuję się tu szczęśliwy, bo wszystko dookoła przypomina mi, że nie bolą mnie zęby. To jest mój ogród Epikura.
(Divertimento stomatologiczne)
Albo:
BABKA: Dosyć tej gry rozkiełznanej wyobraźni! Bazyli! Samowar!
(Divertimento sylwestrowe)
Albo:
Bo panu Barnabie wszystko wychodziło ogromne i wspaniałe, czego się tknął. Szczepił nasturcję na pomidorze i wychodził mu cudowny nasturmidor. Albo krzyżował szczypiorek z pietruszką i otrzymywał doskonałą szczytruszkę. Tatuś natomiast, po zapyleniu jabłoni pyłkiem braktów, otrzymał obrzydliwe brabłuszka, a ze skrzyżowania maciejki z kalafiorem — cuchnącą kalaciejkę.
(Ostatni naiwni)
Jak tylko sobie pomyślę, ile takich rarytasów na mnie czeka…
Gdybyście mieli teraz podejść do regału, w którym, jak na szwedzkim stole, czekałyby na Was konkretne książki, to co najchętniej byście tam zobaczyli?
Najnowsze komentarze