Człowiek naprawdę uczy się całe życie. 44 urodziny za pasem – a dopiero teraz dowiedziałam się, żeby ciepłej wody nie nalewać do garnka ani czajnika. Zamiast oszczędzać czas i kasę gotując potem ziemniaki, makaron czy zupę – robi się sobie kuku. Ponieważ podczas podgrzewania wody dzieje się coś w tych rurach, co wodzie szkodzi.
Poza tym nie miałam zielonego pojęcia, że istnieje coś takiego jak Birkenstocki czy buty barefoot (choć w tych ostatnich to biegałam już w czasach liceum). Podobnie jeśli chodzi o spodnie stove pipe (w latach 90.: po prostu spodnie o prostych nogawkach). Nie wiedziałam też, jak bardzo potrzebujemy talii osy i nóg do nieba…

Kolory effortless chic. Np. yellow butter, który z bielą daje efekt WOW, a nie „siuśkowy”
W ciągu ostatniego pół roku dowiedziałam się też o istnieniu ubrań i ich odcieni effortless chic. Czyli takich, które zakładasz i wyglądasz jak milion dolarów (choć wydałaś raptem stówkę), bo masz w nich nogi do nieba, talię osy (jeśli odpowiednio zapozujesz do zdjęcia) i świeżość trendu modowego, który oznacza: elegancję i w ogóle.
Mowa oczywiście o masełkowym (maślanym) yellow butter, który wypada łączyć z bielą. I nikt już nie mówi, że wyszło jakoś tak siuśkowo, tylko… świeżo, lekko i wiosennie. Na szczęście chłodne kolory zupełnie nie pasują do mojego typu urody i na pewno nić masełkowego nigdy nie założę.
Kolejny taki kolor to matcha milk. Czyli oliwkowy, ale bardziej bury i jasny jednocześnie. To znaczy zależy od ilości tego „milk” w „matcha”. Na szczęście tu też nikt nie wkręca nikomu, że ten kolor wrócił do łask – bo w 90. i 2000., ani nigdy wcześniej, raczej nikt nie uważał go za ciekawy, a wręcz przeciwnie. Nikt by nie wpadł na to, by nosić ciuchy w takim kolorze…
I ta nowa porcja wiedza o kobietach
Teraz jest inaczej i autor musi liczyć się z statystykami jego tekstów. Te statystyki sporo mówią też o odbiorcach – o ich marzeniach, potrzebach i ograniczeniach. Z tego, co widzę w „moim” i wielu innych serwisach – pisze się dla kobiet, które nie chcą już ubrań w kolorze czerwonym a truskawkowym albo pomidorowym. A w ogóle najlepiej niech to będzie kolor, który ma nazwę po angielsku (jak ten yellow butter, chocolate, matcha milk). Tak, najlepiej niech nazwa sugeruje związek z jedzeniem. Jadalne nazwy kolorów – to jest to, czego potrzebujemy. Czemu? Nie wiem.
Uwielbiamy też, kiedy bluzka, buty, spodnie, sukienka, płaszcz – zrobią nam talię osy i nogi do nieba. Chodzi dokładnie o te sformułowania. Po prostu chcemy mieć talię osy i nogi do nieba. Tu chyba wiadomo, czemu.
Uwielbiamy też, kiedy możemy dostać coś za darmo lub pół darmo. Jeśli okazuje się, że rolka po papierze toaletowym albo fusy do kawy może nam się do czegoś przydać – klikamy jak szalone. Czemu? Tu też wiadomo. Wszystko jest coraz droższe. Dlatego też tak bardzo elektryzują nas wieści na temat promocji. Zarówno jeśli dotyczy to torebki YSL (przecenionej z 7 na 6 tysięcy złotych) jak sukienki z Pepco czy Lidla.
Tematy do rozmowy (z kimś bliskim lub samą/samym sobą)?
- Czy masz wrażenie, że świat zmienia nazwy rzeczy szybciej niż same rzeczy się zmieniają?
- Kiedy ostatnio coś Cię naprawdę zaskoczyło w takiej zwykłej, codziennej sprawie (jak np. lanie wody)?
- Jaka jest jedna rzecz, którą robisz ‘bo zawsze tak było’, ale nie wiesz dlaczego?
Najnowsze komentarze