Luty, który mija jest wyjątkowo wonny. I to z wielu powodów. Niewykluczone, że nawet to sobie wywróżyłam.
2 stycznia – tak wynika z notatek czynionych celem przekonania się, czy noworoczna wróżna się sprawdza – był piątkiem obfitującym w zapachy. Być może właśnie dlatego, 2. miesiąc w roku też taki właśnie jest. Sprawdza się nawet cytrusowa nutka.

Olejki: leśny, cytrusowy i na dobry sen
Tak się złożyło, że w lutym towarzyszyły mi olejki eteryczny. I tak tak 2 stycznia nie zabrakło woni mandarynki, tak przez cały 2 miesiąc roku pachniały pomarańcze i cytryny. Wkrajane w plasterkach do herbat, ale nie tylko. Przecież wśród wspomnianych olejków (oprócz „Leśnej Chatki” i „Na dobry sen”) mamy też „Cytrusową radość”. Świeżą, energetyczną, egzotyczną. Jasną, złotą, promienną. Idealną, kiedy słońca jak na lekarstwo.
O tej Leśnej Chatce już pisałam. Że brakuje mi tam drewna, bo żywica i igliwie – są bardzo. Ten na dobry sen – przypomniał mi, jak kiedyś mama uszyła takie małe poduszeczki z ziołami. Właśnie żeby je sobie położyć na poduszce dużej i spać. Nie wiem, co tam było, ale bardzo podobnie pachniało (choć woreczki-poduszeczki nie pachniały lawendą).
Niestety, perfum nowych żadnych nie testowałam, nie wąchałam. Najwięcej pachniało chyba Sonatą. Pod koniec lutego również jej mokrą sierścią. Tak sobie myślę, że woreczek-poduszeczka z jej sierścią też mógłby być dobry na serc. I na radość. I na spokój jak w leśnej chatce.
Żeby nie było za romantycznie – luty to również książeczki Prawiedziewięcioletniej, w których ważną rolę grają smrodki. Czytałyśmy 3 części „Detektywa Pupy” i dwie „Kota Kmiota”. Detektyw Pupa rozwiązując zagadki zawsze powtarza „Hmmm, coś mi tu przydko pachnie”. I nigdy nie zapomina ukarać sprawcy przestępsta siarczystym a miażdżącym bąkiem.
Było biało, ale się nie klikało ani nie płakało
Sprawdziło się też, że było biało od śniegu. Już nie pamiętam, żeby tak długo śnieg nie znikał.
Za to przez luty nic się tak nie klikało jak 2 stycznia. Ani w pracy, ani tu, ani w social mediach. Tak to już chyba jest z tym klikaniem, że nigdy nie przewidzisz, kiedy piknie w górę. Możesz próbować na sto sposobów, a i tak tego jedynego niezawodnego nie zna nikt.
Zdaje się też, że przez cały luty nie uroniłam ani jednej łzy (choć 2 stycznia płakałam na „Mustangu z dzikiej doliny”). Ale to akurat było do przewidzenia, bo żeby płakać to już naprawdę musi dziać się coś wzruszającego. Przez cały luty się nic takiego się nie wydarzyło. Kurczę, a może płakałam nad którąś z części detektywa Pupy? Ze śmiechu oczywiście? To możliwe.
Najnowsze komentarze