Po recenzjach spodziewałam się, że to będzie piękna książka. Ale, że aż tak? Że jak jak tylko przyczytam, to od razu zacznę od początku? To mi się zdarzyło pierwszy raz w życiu.
Żeby być taką piękną, musi też być i bolesna. Autor we wstępie lojalnie uprzedza o tym, że będzie w niej ból. A potem idziemy z nim – poetą i ze Srebroniem – jego osiołkiem (w innym tłumaczeniu – Srebrzynkiem) przez rok różnych dróg. Są pory roku i pory na zachwyt, i na zdumienie, że tyle okrucieństwa w takim pięknym świecie.

Wszystko zaczyna się w lutym i w lutym się kończy. To książka na zimę, wiosnę, lato i jesień
Srebroń i ja spodoba się tym, którzy lubią poezję. Ale taką, co trzyma się ziemi. I ma talent spowalniać prawdziwe życie, nie odklejone od tego, co rzeczywiście.
O czym jest? O przyjaźni między człowiekiem i zwierzęciem. Poetą i osiołkiem, którym przyszło żyć w Hiszpani na początku XX wieku, czyli w gruncie rzeczy bardzo, bardzo dawno temu. I o świecie.
O życiu. O śmierci. O dzieciństwie. O czułości. O przyrodzie. O sile. O delikatności. I pewnie dla każdego z nas będzie najbardziej o czymś innym.
Zaczyna się w lutym i kończy w lutym.
I cieszę się, że wpadła mi w ręce właśnie w lutym. I nie wypadnie mi z tych rąk długo. Oczywiście do wpisów z cytatami o różnych miesiącach wpadnie sporo ze „Srebronia”… Chociaż, kurczę, mi do niego chyba jednak bardziej pasuje Srebrzynek.

Czy to klasyka, która może być lepsza od poradnika? Z pewnością
Srebroń i ja może być lepsza od poradnika pięknego pisania. Od poradnika dostrzegania piękna świata. Od poradnika zgody na świat, taki jaki jest.
Może być też inspiracją.
Np. dla mnie jest, bo odkąd zaczęłąm czytać, to od razu przyszedł mi do głowy cykl „Sonata i ja”.
Oh, wiem, że nie jestem poetką. A Juan Ramón Jiménez był poetą i to jednym z najsłynniejszych w całej Hiszpanii.
Wiem też, że Sonata nie jest osłem. Ani tym bardziej osłami wszystkimi, z którymi młody poeta zetknął się w Andaluzji tak, że potem zaczęła w nim kipieć ta Elegia Andaluzyjska (czyli Srebroń i ja).
Jeśli więc będę sobie pisać „Sonatę i mnie”, to będzie nie o wielu koniach, tylko o jednej klaczy (o innych tylko ewentualnie). I językiem z pewnością nie tak pięknym jak ten Jiméneza.
I tak jak w poradnikach radzą, o: dam sobie rok. I zobaczę, co dalej z tym pisaniem.

Najnowsze komentarze