Skórka mandarynki i inne cuda dla nosa. Jeśli tak będzie pachniał luty, to… chcę

Między Nowym Rokiem a weekendem – piątek w pracy, w kuchni i w garażu. Jeśli 2. miesiąc roku będzie taki, jak jego 2. dzień, to nie powiem, będzie wonny.

Biało. W miarę spokojnie. Ale przede wszystkim to był dzień zapachów. W końcu przygotowałam specialite de la maison (co miało być w Nowy Rok) – a to jest uczta dla nosa. Śliwki suszone miesza się z estragonem, masłem, powidłami i skórką mandarynki (i razem z camembertem zawija się to potem w plasterki polędwiczek, a całość – w plasterki szynki szwarcwaldzkiej). A potem jeszcze sos: czerwone wino, powidła, korzenna przyprawa, pieprz – jak się gotuje to aż kręci się w głowie, tak pięknie pachnie.

Tak wyglądał dzisiaj kawałek świata

W tle: bigos, tran i marzenia o perfumach

Woni tych nie zepsuł nawet zapach gotującego się na sąsiedniej fajerze bigosu.

Ani zapach tranu, którym smarowałam w garażu szory. Jeju, całe kilometry szorów… Nad podziw gładko to poszło, a ten tran (ponoć najlepszy impregrat do skóry na całym świecie), wcale nie śmierdział.

W tym wszystkim towarzyszyły mi też myśli o perfumach, które chętnie bym miała. Ciekawa jestem:

  • Givenchy L’interdit (a konkretnie ich drzewności, tuberozy i audreyhepburności, bo pierwotnej wersji używała sama Audrey),
  • Berdoues 1902 Naturelle, woda kolońska (a konkretnie – ich lawendowości),
  • Nivea edt (a konkretnie – jej krem-niveatości).

Czyli, jaki będzie luty?

Gdyby to Dzisiaj miało się przełożyć na Luty, to pierwsze skrzypce grałyby w nim nuty zapachowe. Raczej spokojniejsze niż te modnych arabskich perfum. Jak do tego doszło – nie wiem, ale nie mam pojęcia jak pachnie choćby jedna propozycja Lattafa, choć skądinąd przypuszczam, że ten ich klasyczny Khamrah może być całkiem przyjemny.

Tak czy siak – być może luty będzie bardzo pachniał, ale nie jakoś specjalnie trendy, raczej nostalgią i spokojem.

I może będzie biały.

I może nawet ruszą mi z kopyta social media, bo dziś zaczęło moje konto obserwować na TikToku 10 nowych osób. Artykuły służbowe dziś wyjątkowo ładnie się klikają. Miło.

Prócz tego wszystkiego popłakałam się na „Mustangu z Dzikiej Doliny”. Tam bardzo dużo ważnych rzeczy się zgadza – o Indianach Lakota, koniach i w ogóle. I my z Sonatą trochę jak ten Indianin i Mustang jesteśmy (a nawet bardzo, stąd to wzruszenie).