Prawo przyciągania, czyli teoria „ludzie są jak magnesy”. Czyli jednak „bieda to stan umysłu”?

Przeczytałam właśnie artykuł o tym, że ludzie są jak magnesy i przyciągają to, o czym myślą najwięcej. Skupiając się na zmartwieniach – przyciągają kolejne zmartwienie. Skupiając się na szansach – otwierają sobie drzwi do wymarzonych apartamentów. Czy teoria Esther i Jerry’ego Hicksów potwierdza, że bieda to stan umysłu? Tak, tylko innymi słowami. A odpowiednie dać rzeczy słowo to… kluczowe, bo od tego zależy, czy poczujemy się dotknięci, czy pogłaskani.

Teoria Hicksów – choć wtórna do słynnych dwóch wilków i cytatów Paula Coelho (gdy czegoś pragniesz – cały wszechświat sprzyja twojemu pragnieniu) – jest przyjemna i ciekawa. Ale jest jeszcze coś, o czym warto pamiętać: by nie dowalać sobie, gdy stanie się coś przykrego. To wcale nie znaczy, że źle manifestowałaś, przyciągałaś, etc.

O tym też przeczytałam, ale już nie na szybko w sieci, ale w pewnej znakomitej książce.

W tej teorii „człowieka magnesu” niepokoi mnie, że ktoś może pomyśleć, że wystarczy się uśmiechnąć, rozłożyć ręce i samo wszystko leci jak gołąbki do gąbki. W wielkim uproszczeniu może i tak jest, bo uśmiech i otwarte ramiona na pewno są w życiu ważne, ale… chyba nie zawsze i nie wszystko dzieje się samo. I druga rzecz – że ktoś mógłby przyciągnąć to, co ja sobie wcześniej przyciągnęłam albo że ja przyciągnęłam coś cudzego (przecież świetne posady i dobra materialne są ograniczone).

Milion ćwiczeń na bycie magnesem sukcesów nie wymaże z życia porażek. Czy wymaże?

Spędzam ostatnie wieczory (żeby nie powiedzieć noce) z książką Tak samo, a jednak inaczej Joanny Flis. Oczywiście, że jej tu nie streszczę, nie ma szans.

Kiedy dziś rano zobaczyłam tytuł wołający z Facebooka, że ludzie są jak magnesy – na szczęscie od razu przypomniało mi się, że nie do końca to wszystko jest takie proste…

Dlaczego? Ponieważ – choć rzeczywiście w dużej mierze jesteśmy tzw. kowalami swojego losu – nie zawsze rozsądnie jest obwiniać się za… porażkę, brak sukcesu, brak satysfakcji. Choć to takie niemodne to, kurde, wpisane w nasze życie. I choćbyśmy wykonali milion ćwiczeń na przyciąganie szczęścia, sukcesów i satysfakcji… nie zawsze będzie jak na Instagramie.

Instagram jest super, ale pewnie zauważyliśmy już, że tam nie ma tych ciemniejszych stron życia, a raczej sam glam-blask. Czy to znaczy, że spędzając całe dnie i noce na montowaniu pięknych rolek – zlikwidujemy choroby, zwolnienia z pracy, nietwarzowe swetry i nieudane szarlotki? Niestety nie… I wtedy nie ma co walić się po łbie, że źle odrobiłyśmy lekcje z przyciągania szczęscia. To bez sensu.

Optymiści i szczęściarze też mają trudniejsze momenty. I wcale nie zawsze zgarniają główne nagrody

Niby logiczne, ale w całym swoim optymistycznym (tak 7/10) podejściu do życia – potrzebowałam bardzo, by ktoś uświadomił mi, że nie wszystko i nie zawsze zależy tylko ode mnie i mojego optymizmu. Że od innych ludzi też – bliskich i dalekich, tych, którzy mogą chcieć dobrze albo nie, mogą popełniać błędy, mieć gorszy dzień, etc. (jak każdy). Czy jako optymistka nie mam prawa się martwić?

I dziękuję za to autorce książki o tym, że sposobów opowiedzenia swoich historii jest tak wiele… I że trudne, a nawet niezrozumiałe, pozbawione sensu sytuacje też się zdarzają. Czasem w trudnych momentach odkryjemy sens i lekcję – ale nie zawsze. Czasem trzeba coś do szufladki z napisem „Nie rozumiem” i zapomnieć… Tak zwane rzucie szmat to czasem strata czasu i szkoda zębów. Lepiej zająć ciało i umysł tym, co dzieje się dalej i co możemy ułożyć spójnie i pięknie. I nie dać sobie wmówić, że jak nie umiesz wyczarować sobie skrzydeł raz na zawsze to sama skazujesz się na wieczne pełganie 😀

Źródła:

J. M. Berent: Prawo przyciągania – czym jest i jak działa w psychologii? zwierciadlo.pl
J. Flis: Tak samo, ale inaczej. Warszawa 2025