Dbanie o siebie mnie dziś by mnie diablo zmęczyło. Czereśnie i deszcz — nie. Wszystko można dziś „sprzedać” jako dbanie o siebie. Detoks. Scrollowanie Instagrama. Poranne bieganie. Rezygnacja z biegania.
Tylko ze to „dbanie o siebie” czasem tak bardzo się rozrasta, że zaczyna przypominać nową listę zadań.
Joga o 4:30. Spacer boso po trawie. Szklanka cieplej wody. Dziesięciofazowa pielęgnacja wlosów (w podziale na część u nasady, końcówki i włos właściwy). Trzydziestopunktowa rutyna dla cery i dwudziestosiedmiofazowa pielęgnacja ciała.
Na śniadanie skyr. Albo jajka. Jogurt może być, ale tylko z proteinowa odzywka. (Trend „mleczne=sluzotworcze” prysł, teraz jogurt/kefir/serek są znów na propsie.)

Co dziś zrobiłam dla ciała i umysłu?
Stowe zostawiłam w zieleniaku. Na borówki, czereśnie, maliny, nektarynki i bob. W Rossmannie – tylko pięćdziesiąt. Bo, poza workami na śmieci, do koszyka wpadły:
- szampon,
- żel pod prysznic,
- serum do ciała, w wersji mango i bazylii. Słoneczno-mangowo-zielono-ziołowej. Takiej, w której poczułam się… zaopiekowana.
W spodniach i koszulce w kolorze mango poszłam na te zakupy. Akurat zaczął padać deszcz. Ciepło, duchno i beztrosko.
Spacer był. W deszczu. Nie boso. Około godziny. Ile kroków? Nie wiem. Owoce sezonowe zjedzone. Kosmetyki-kupione (tanie, ale jednak).
A potem?
Karolina wysłała mi filmik ze stajni. Sonata prowadziła stado. Galopowała. Nie, nie jak beczkowóz. Jak kon-prawdziwy, silny, piękny. Od nagrania zalało mnie ciepło i dobro. Od środka.
Na obiad było leczo (które nie leczy, ale jest super). Czy przeżuwałam z uważnością każdy kęs? Raczej z lubościa.
W pracy – śmiech z dziewczynami z redakcji. Do łez. To chyba lepsze dotlenienie niż w kapsule tlenowej?
Wieczorem – Zaklinacz koni. Przejmująca. Pięknie napisana książka.
Czego nie zrobiłam (i nic się nie stało):
- nie wstałam o 4,
- nie zjadłam wysokobiałkowego śniadania,
- nie medytowałam,
- nie wypiłam 10 litrów wody,
- nie kupiłam żadnej apki fitnessowej,
- nie odhaczyłam żadnego planu fit,
- nie szukałam diagnoz ani duchowych przodków,
- nie opuściłam strefy komfortu,
- nie przepracowałam siebie,
- nie zrobiłam nic „pod content”.
Ale zrobiłam tyle że… wystarczy. Bez stresu, bez muszenia, bez deadline’u.
I serio: ile musiałabym wydać, żeby wszyscy producenci kosmetyków i apek wreszcie uznali: „Okej. Tak jak jest – jest dobrze”?
Najnowsze komentarze