Wczoraj znów usłyszałam, że jestem zbyt łagodna. I że przez to koń mnie „odpuszcza”. I że to niebezpieczne przy ważącej 800 kilo dominującej w stadzie klaczy. Ale czy łagodność to naprawdę zawsze słabość? Czy „Łagodność to największa siła”, jak kiedyś przeczytałam? I zawsze, ale to zawsze sprawdzało mi się to wobec zwierząt…

Byłam z Patrycją – młodą instruktorką, studentką informatyki z niebieską grzywą i niesamowitym okiem. Widzi, co koń zrobi, zanim ten jeszcze to wymyśli. Czysta magia. Karolina, dzieki której od blisko roku Sonatę – też to potrafi. Czytać mikrogesty z końskiej mowy uszu, ogona, oczu – jednocześnie.
***
Weszłyśmy na padok, jakbyśmy wybierały się na polowanie na smoka.
Narracja: „Obserwuj, czaj się, nie lekceważ. Sonatka to nie maskotka, tylko dominująca klacz. Może i łagodna, ale jak przestanie Cię szanować, to będzie bolało.”
I wiesz co? To nie było złe.
Uwielbiam lekcje o dynamice w stadzie, czyli ruchach i gestach koni wobec siebie, które mówią więcej niż słowa.
To było potrzebne.
Żeby nie rutynowo: że Sonata z daleka widzi mnie samą, bez pomocy (czyli bacików) i podchodzi do bramki szybciej niż ja. I powitanie, miziu-miziu, ogłowie, spacerek z drzemkami po drodze… Wykonywanie poleceń byle jak…
Bo tak, jestem łagodna.
I może faktycznie… zbyt.
Sonatka przy Karolinie i Patrycji jest uważna. Skupiona. Trzyma dystans.
Przy mnie – luz i miękkość. Czasem aż za bardzo. Tak, naprawdę przysypia podczas treningu. Potrafi wpaść w drzemkę, kiedy zatrzymamy się, bo coś mnie zaswędzi…
Czuje się bezpiecznie. Ale nigdy nie zrobiła mi krzywdy. Choć przez ostatni rok miała ku temu setki (jeśli nie tysiące) okazji.
Jednak zaczęłam się zastanawiać: czy to znaczy, że coś robię źle? Że za mało „prowadzę”, za mało „dowodzę”?
Mam 43 lata.
Od 25 roku życia pracuję w mediach. W redakcjach, na spotkaniach, przy mikrofonach.
Przecież potrafię być stanowcza. Ba, potrafię powiedzieć: nie. Postawić granice. Ufając, że umiemy się z drugim człowiekiem uszanować. Oczywiście, że wiele razy się na tym zawiodłam. I stąd nie raz wymknęło mi się: a spierdalaj (w przypadku mężczyzn samo mi się dodaje do nieszanujących: ty chuju do szczania). Ale to już kiedy ktoś moją łagodność zdefiniuje sobie jako niepełnosprawność intelektualną. I przegnie na całego, nie pojmując, że stawiam granice, bo mogę.
I jednocześnie – jestem łagodna.
Nienawidzę rzucać komendami. Nie czuję potrzeby ustawiania w szeregu. Nie stylizuję się na „zimną sukę”.
Do zwierzęcia umiem powiedzieć: nie, stój, stęp, kłus, back. „Spierdalaj” – do zwierzęcia nie powiedziałam nigdy. Ponieważ nigdy nie czułam, że zwierzę ma mnie za niepełnosprytną.
Może łagodność nie zawsze trzyma w ryzach.
Ale może pozwala… odetchnąć.
Może nie jestem typem, który „prowadzi konia przez pole bitwy”.
Może jestem tą, przy której można się położyć. Odpocząć. Nie udawać.
A może po prostu jeszcze się uczę.
I to jest okej.
Tak to sobie ułożyłam w głowie.
Tematy do rozmowy (z kimś albo samą sobą):
– Czy ktoś kiedyś powiedział Ci, że jesteś „za miękka”?
– Czy łagodność i pewność siebie mogą iść w parze?
– Kiedy ostatni raz usłyszałaś coś, co zmieniło Twój sposób patrzenia na siebie – choćby trochę?
Najnowsze komentarze