„Citius, altius, fortius” – to brzmi jak motto przygody. Ale co, jeśli najodważniejsze rzeczy robimy wtedy, gdy celowo rezygnujemy z tempa i napięcia?
„Przygodą mogą być stawiane sobie wyzwania, zwiększanie intensywności – citius, altius, fortius – szybciej, wyżej, silniej. […] Ale przygodą może być też zmniejszanie intensywności.”
Ten cytat z książki Piano rysuje sufit. Rozmowy o przygodzie trafia w sedno. Bo co jeśli przygoda nie ma jednej definicji?
Zwykliśmy myśleć o niej w kategoriach ruchu, skoku, podróży, adrenaliny. Wersja klasyczna: wspinaczka, spływ, podróż solo do kraju, którego języka się nie zna. To wszystko się zgadza. Ale – obok – jest i inna wersja.

Ciszej i bliżej
Przygodą może być również coś odwrotnego: pierwsza samotna kolacja w restauracji. Pierwszy spacer bez celu. Albo rozmowa z kimś, kogo zna się od lat, ale o niczym, o czym dotąd się nie mówiło.
Dla kogoś przygodą będzie spontaniczne wskoczenie do jeziora w ubraniu. Dla innego – pójście spać przed 22:00, bez przeglądania niczego. Jeszcze dla innego – pozwolenie, by coś nie zostało dopięte.
Nie wszystko, co odkrywcze, musi być spektakularne. Czasem chodzi o inne odkrycie: że nie trzeba zdobywać szczytów, żeby coś w sobie przesunęło się choćby o milimetr.
Tematy do rozmowy / przemyślenia:
- Kiedy ostatni raz zrobiłaś/zrobiłeś coś po raz pierwszy – i co to było?
- Czy w twoim życiu była kiedyś przygoda… która wyglądała jak nic? A jednak coś zmieniła?
- Jakie formy przygody najbardziej do ciebie przemawiają: szybciej, wyżej, silniej – czy raczej wolniej, bliżej, delikatniej?
- Czy „zmniejszenie intensywności” też może być formą odwagi?
Najnowsze komentarze